Jak dyktować dokumentację, żeby zapis wymagał mniej poprawek

Lekarka spokojnie sprawdza podyktowany tekst na ekranie przed zatwierdzeniem

Pierwsze podyktowane zdanie brzmi zwykle sztucznie. Lekarz, który przez lata pisał na klawiaturze, staje przed mikrofonem i nagle nie wie, jak zacząć. To normalne. Pytanie, jak dyktować dokumentację, żeby wychodziła z tego praca, a nie eksperyment, ma na szczęście prostą odpowiedź: wystarczy kilka nawyków, których nabiera się szybciej, niż się uczyło pisania bezwzrokowego.

Mówić do człowieka a mówić do zapisu

Rozmowa z pacjentem jest pełna wtrąceń, powrotów i zdań, które urywają się w połowie, bo obie strony i tak wiedzą, o co chodzi. Zapis takiej rozmowy słowo w słowo nie wyglądałby jak dokumentacja.

Dlatego dyktowanie opisu to osobna czynność, nawet jeśli dzieje się w trakcie wizyty. Lekarz mówi wtedy nie do pacjenta, tylko do przyszłego czytelnika opisu: krótszymi zdaniami, w uporządkowanej kolejności, bez dygresji. Po kilku dniach ta zmiana rejestru przychodzi sama, podobnie jak inaczej mówi się do studenta, a inaczej do kolegi po fachu.

Dobrym ćwiczeniem na początek jest podsumowanie wizyty na głos przy pacjencie. Ma naturalną strukturę, pacjent słyszy, co trafia do opisu, a tekst powstaje przy okazji.

Liczby lubią pauzę

Najwięcej pomyłek w każdym zapisie mowy dotyczy wartości: dawek, wyników, jednostek. To także te fragmenty, w których pomyłka kosztuje najwięcej, więc opłaca się dyktować je inaczej niż resztę.

Przed liczbą zrób krótką pauzę i powiedz ją wyraźnie, razem z jednostką. Zamiast rzucić wartość w środku długiego zdania, lepiej dać jej osobne, krótkie zdanie. Taki rytm ułatwia też późniejsze sprawdzanie, bo liczby stoją w tekście na widoku, a nie w gąszczu opisu.

Nazwy leków i terminologia

Podobna zasada dotyczy nazw leków, zwłaszcza tych brzmiących podobnie. Wymawiaj je w całości i bez pośpiechu. Polska terminologia medyczna jest tym obszarem, nad którym pracujemy w MediMic najintensywniej, ale żadne narzędzie nie zgadnie nazwy wypowiedzianej półgębkiem w połowie ziewnięcia. Wyraźna wymowa to najtańsza inwestycja w zapis bez poprawek.

Skróty można dyktować tak, jak się ich używa na co dzień. Jeśli jakiś zapisuje się inaczej, niż brzmi, szybko wychodzi to przy sprawdzaniu i wystarczy ustalić z samym sobą jedną konwencję.

Sprawdzenie, które nie boli

Dyktowanie nie zwalnia z przeczytania tekstu, zmienia tylko charakter tej czynności. Zamiast redagować, lekarz przegląda. Najlepszy moment to końcówka wizyty, kiedy pacjent jeszcze siedzi naprzeciwko i każdą wątpliwość można rozstrzygnąć pytaniem.

Uwagę warto kierować tam, gdzie pomyłka waży najwięcej: wartości, nazwy leków, strona ciała, zalecenia. Pisaliśmy o tym szerzej w tekście o odpowiedzialności za dokumentację: zasada jest ta sama niezależnie od tego, czym opis powstał.

Warunki też mają znaczenie

Mikrofon blisko, hałas dalej. W zwykłym gabinecie to żaden problem, ale przy włączonym ssaku albo w sali z pracującym sprzętem warto dyktować w krótszych porcjach i odrobinę wyraźniej. Jak to wygląda w warunkach zabiegowych, opisaliśmy w tekście o dyktowaniu przy zabiegach i w stomatologii.

Jest i dobra wiadomość: nikt nie musi zmieniać sposobu mówienia w rozmowie z pacjentem. Zmiana dotyczy tylko tych fragmentów, które są dyktowane do opisu, a te i tak wypowiada się spokojniej.

Nawyk, nie talent

Nie istnieje coś takiego jak talent do dyktowania. Jest za to krótka lista nawyków: osobny rejestr dla zapisu, pauza przy liczbach, wyraźne nazwy leków, stały moment przeglądu. Każdy z nich osobno brzmi banalnie. Razem decydują o tym, czy tekst po wizycie wymaga rzutu oka, czy pracy redaktora.

Po tygodniu przestaje się o nich myśleć. Zostaje samo mówienie, czyli to, co lekarz robił przy pacjencie od pierwszego dnia praktyki, tyle że teraz z opisem powstającym w tym samym czasie.