Pierwsze dyktowanie w obecności pacjenta ma w sobie moment wahania. Lekarz wie, że opis powstanie szybciej, i jednocześnie czuje, że mówienie o kimś w trzeciej osobie, kiedy ten ktoś siedzi metr dalej, wymaga jakiejś formy. Dyktowanie przy pacjencie rzadko psuje relację przez technikę. Psuje ją brak kilku prostych zwyczajów, które łatwo sobie ustalić.
Dyktowanie przy pacjencie zaczyna się od jednego zdania
Najprostsza zasada jest też najskuteczniejsza: powiedzieć, co się będzie działo, zanim się to zrobi. „Podyktuję teraz to, co ustaliliśmy, żeby Pan słyszał, co trafia do karty” wystarcza w zupełności.
Pacjent dostaje wtedy dwie informacje naraz. Że to, co usłyszy za chwilę, jest częścią jego dokumentacji, i że lekarz robi to świadomie, a nie rozmawia z kimś innym. Zdziwienie znika, zanim zdąży się pojawić.
Warto to zdanie mieć gotowe, bo improwizowane brzmi jak tłumaczenie się. Po kilku wizytach staje się naturalne jak informowanie o tym, że za chwilę będzie zimno przy osłuchiwaniu.
Mówić tak, żeby pacjent rozumiał
Opis medyczny ma swój język i nie ma powodu, żeby go porzucać. Można jednak dyktować w kolejności, w której pacjent nadąża: najpierw to, co dotyczy jego bezpośrednio, potem szczegóły badania.
Jeżeli pada termin, który brzmi groźnie, dobrze jest go od razu przetłumaczyć jednym półzdaniem. Pacjent, który słyszy nazwę łacińską i nie dostaje wyjaśnienia, wychodzi z gabinetu z Google w telefonie i wieczorem gorszym niż powinien.
Ta sama zasada dotyczy skrótów i wartości pomiarów. Wypowiedziane spokojnie i objaśnione stają się częścią rozmowy. Rzucone szybko, w drodze do następnej sprawy, brzmią jak komunikat nie dla niego.
Kolejność, która buduje zaufanie
Najlepszym momentem na dyktowanie jest zwykle koniec wizyty, kiedy ustalenia są już omówione. Pacjent słyszy wtedy uporządkowaną wersję tego, co przed chwilą usłyszał w rozmowie, i ma szansę sprostować szczegół, zanim ktokolwiek podpisze opis. Więcej o tym w tekście o podsumowaniu wizyty na głos.
Gorzej działa kolejność odwrotna, czyli dyktowanie rozpoznania, o którym pacjent jeszcze nie wie. Diagnozy nie ogłasza się mimochodem, do dokumentacji. Najpierw rozmowa z człowiekiem, potem zapis.
Bywa też, że w trakcie badania trzeba odnotować coś, co wymaga ostrożnego sformułowania. Wtedy prościej zostawić ten fragment na chwilę po wyjściu pacjenta niż szukać eufemizmu na głos.
Kiedy w gabinecie jest ktoś jeszcze
Osoba towarzysząca zmienia scenę bardziej, niż się wydaje. Dorosły syn przy wizycie mamy, mąż przy trudnej rozmowie, tłumacz, opiekun: każde z nich słyszy wszystko, co zostanie wypowiedziane na głos.
Zwykle jest to obecność uzgodniona z pacjentem i sprawa jest prosta. Bywa jednak, że pacjent zgodził się na czyjąś obecność przy rozmowie, a niekoniecznie przy odczytywaniu całej historii choroby. W razie wątpliwości najprościej zapytać wprost, czy podsumowanie ma paść przy osobie towarzyszącej.
Czego nie mówi się przy świadkach
Gabinet nie jest jedynym miejscem pracy, a nie każde ma cztery ściany i zamknięte drzwi. Sala wieloosobowa, izba przyjęć za kotarą, korytarz w trakcie obchodu: wszędzie tam głos niesie dalej, niż powinien.
Kilka sytuacji, w których lepiej odłożyć dyktowanie na później:
- w pokoju jest ktoś poza pacjentem i osobą towarzyszącą, na której obecność pacjent się zgodził;
- opis dotyczy rozpoznania, o którym pacjent nie został jeszcze poinformowany;
- rozmowa dotyczy tematów wstydliwych i pacjent wyraźnie czuje się z tym niekomfortowo;
- pacjent prosi, żeby tego nie robić przy nim, co zdarza się rzadko, a jest wiążące.
Żadna z tych sytuacji nie wyklucza dyktowania w ogóle. Przesuwa je o chwilę, do momentu, w którym nikt niepowołany nie słucha.
Uważność, którą widać
Obawa przed niezręcznością jest zrozumiała, ale praktyka odwraca ją zaskakująco szybko. Lekarz, który mówi opis na głos, jest lekarzem odwróconym od ekranu, a to dla pacjenta różnica widoczna od pierwszej minuty. Pisaliśmy o niej w tekście o tym, co się dzieje, kiedy znika ekran.
Etykieta dyktowania przy pacjencie sprowadza się więc do rzeczy, które lekarze i tak robią: uprzedzić, mówić zrozumiale, uszanować prywatność, zostawić trudne rozmowy poza protokołem. Reszta dzieje się sama, bo pacjent słyszy, że jego sprawa została zapisana tak, jak ją opowiedział.