W wielu szpitalach na Zachodzie do niedawna standardem był obrazek, który u nas znano głównie z filmów: lekarz po obchodzie siada z dyktafonem i nagrywa opisy, a ktoś inny przepisuje je później na czysto. Dyktowanie w medycynie nie jest wynalazkiem ery sztucznej inteligencji. Jest starym, sprawdzonym sposobem pracy, który na pewien czas przegrał z klawiaturą i właśnie wraca, tym razem bez pośredników.
Zawód, który pracuje głosem
Medycyna od początku była zawodem mówionym. Wywiad to rozmowa. Konsylium to rozmowa. Przekazanie dyżuru, konsultacja telefoniczna, tłumaczenie pacjentowi zaleceń: wszystko dzieje się głosem. Pismo pełniło w tym zawodzie rolę wtórną wobec mowy, było zapisem tego, co zostało pomyślane i powiedziane.
Dlatego dyktowanie przyjęło się w medycynie tak naturalnie. Radiolodzy nagrywali opisy badań, chirurdzy protokoły operacyjne, ordynatorzy epikryzy. Mowa jest po prostu szybsza od ręki, a ręce lekarza często bywają zajęte czymś ważniejszym niż długopis.
Ludzie, którzy przepisywali medycynę
Za tym systemem stała cała profesja: sekretarki medyczne i transkrypcjoniści, którzy z taśm i plików audio robili dokumenty. Dobra sekretarka medyczna znała terminologię, wyłapywała przejęzyczenia i była w praktyce pierwszym korektorem dokumentacji.
System miał jednak dwie słabości. Był kosztowny, więc poza dużymi ośrodkami mało kto mógł sobie na niego pozwolić. I był powolny: między nagraniem a gotowym dokumentem mijały godziny albo dni, a lekarz i tak musiał potem wszystko autoryzować, często już bez pamięci o szczegółach.
Co zepsuła klawiatura
Cyfryzacja dokumentacji przyniosła ogromne korzyści i jeden niezamierzony skutek uboczny: pisanie wróciło do lekarza. System oczekuje tekstu od razu, transkrypcjonisty w procesie nie ma, więc przy klawiaturze siedzi ten, kto ma najdroższy czas w całej placówce.
W ten sposób zawód mówiony stał się na co dzień zawodem piszącym. Część obaw wobec dzisiejszych narzędzi głosowych bierze się z niepamięci o tej historii: dyktowanie bywa traktowane jak ryzykowna nowinka, choć jest starsze niż niejeden system gabinetowy. Kilka takich przekonań rozbieraliśmy w tekście o mitach wokół AI w gabinecie.
Nowy rozdział: tekst od razu
Zmiana, która dokonała się w ostatnich latach, dotyczy nie samego dyktowania, tylko drogi od głosu do tekstu. Rozpoznawanie mowy dojrzało na tyle, że zapis powstaje w trakcie mówienia, a nie po godzinach. W MediMic dokładamy do tego pracę nad polską terminologią medyczną, bo to od niej zależy, czy taki zapis nadaje się do dokumentacji, czy tylko do poprawiania.
Schemat pracy wraca więc do punktu wyjścia, ale bez dawnych słabości. Lekarz mówi, tekst pojawia się tam, gdzie stoi kursor, autoryzacja odbywa się od razu, póki wizyta jest świeża. Rola dawnej sekretarki medycznej nie znika, tylko zmienia kształt: korektorem jest sam autor, a poprawek jest tyle, ile zostawi jakość zapisu.
Powrót do własnego zawodu
Historia dyktowania w medycynie ma prosty morał. Lekarze nie muszą się uczyć pracy głosem, bo pracują nim od pierwszego dnia studiów. Musieli się za to nauczyć pisania na klawiaturze w tempie wizyt, i to akurat nigdy nie było częścią tego zawodu.
Mniej pisania, więcej leczenia: w tym haśle nie ma tęsknoty za nowinkami. Jest raczej powrót do proporcji, które medycyna znała na długo przed komputerami.
