W dyżurce, przy kawie, rozmowa o dyktowaniu dokumentacji kończy się zwykle tak samo: brzmi sensownie, ale ja bym się bał. Obawy lekarzy wobec AI rzadko bywają ogólne. Za jednym „bałbym się” stoi konkretna scena: podpisany opis z pomyloną dawką, telefon w sprawie danych pacjenta, tydzień nauki obsługi wciśnięty w grafik, w którym nie ma na to miejsca. Część z tych obaw ma pokrycie i lepiej powiedzieć to wprost, niż rozwiewać wszystko jednym machnięciem ręki.
Gładki błąd, którego nie widać
To obawa najbardziej uzasadniona z całej listy. Ogólne narzędzia do rozpoznawania mowy gubią się w polskim słownictwie medycznym: nazwa leku zamienia się w podobnie brzmiące słowo, jednostka znika, skrót zostaje rozwinięty po swojemu. Zdanie wygląda przy tym gładko, więc nie zwraca na siebie uwagi.
Właśnie ta gładkość jest problemem, nie sam błąd. Własną literówkę wychwytuje się kątem oka, bo powstaje z pośpiechu i wygląda na pośpiech. Pomyłka narzędzia wygląda jak normalne zdanie.
Stąd bierze się to, na czym skupiamy się najmocniej: dokładność zapisu, w tym w terminologii medycznej, rozwijana razem z lekarzami. I stąd bierze się nawyk, który warto sobie ustawić od pierwszego dnia: uważne czytanie tych fragmentów, w których pomyłka kosztuje najwięcej, czyli liczb, nazw leków i zaleceń. Szerzej o tym w tekście o odpowiedzialności za dokumentację tworzoną z pomocą AI.
Dane, o które trzeba zapytać
Druga obawa z pokryciem, choć rzadko wypowiadana tak precyzyjnie, jak zasługuje. Dokumentacja medyczna to dane wrażliwe i pytanie o ich obieg jest częścią zawodowej ostrożności, nie przejawem nieufności wobec technologii.
Kłopot polega na tym, że rozmowa o bezpieczeństwie zwykle kończy się zapewnieniem sprzedawcy, że jest bezpiecznie. Odpowiedź, która coś znaczy, musi być sprawdzalna: kto ma dostęp do materiału, jak długo jest przechowywany, czy trafia do podwykonawców, czy służy do trenowania modeli i co się z nim dzieje po zakończeniu umowy. Komplet takich pytań zebraliśmy w tekście o bezpieczeństwie danych pacjentów. Dobry dostawca ma na nie odpowiedzi gotowe i sprawdzalne; ten sam sprawdzian należy się MediMic.
Wdrożenie, którego nie ma
Ta obawa jest zrozumiała, ale w większości bierze się z doświadczeń z zupełnie innymi systemami. Lekarz, który przeszedł zmianę oprogramowania w przychodni, słusznie kojarzy nowe narzędzie z projektem, terminami i telefonami do informatyka.
Mechanizm MediMic jest inny i dlatego wolno go opisać wprost: urządzenie podłącza się do portu USB i dla komputera wygląda jak klawiatura. Nie ma integracji, nie ma zmiany systemu, w którym pracuje gabinet. Zostaje przyzwyczajenie własnych zdań do nowej drogi na ekran, czyli kilka dni, w których mówi się trochę za sztywno. Jak to wygląda dzień po dniu, opisaliśmy w relacji z pierwszego tygodnia pracy z narzędziem głosowym.
Pacjent po drugiej stronie biurka
Obawa realna, tylko rzadko mówi się o niej na głos, bo dotyczy nie techniki, a poczucia niezręczności. Mówienie do urządzenia przy drugim człowieku wydaje się z góry krępujące.
W praktyce dzieje się coś innego. Pacjent, który słyszy swoją sprawę wypowiedzianą po kolei, przestaje być widzem: poprawia datę zabiegu, przypomina o leku, o którym zapomniał wspomnieć, dopytuje o dawkę, zanim wyjdzie. Obcość znika w chwili, w której orientuje się, że to jego historia trafia do karty, a nie rozmowa z kimś trzecim. Jeżeli zaczyna się od zaleceń i podsumowania, czyli od fragmentów wypowiadanych i tak, nowego w tej scenie jest naprawdę niewiele.
Granica, której narzędzie nie przekracza
Ostatnia obawa jest najpoważniejsza i jednocześnie najsłabiej pasuje do tego, o czym mowa. Lęk przed oddaniem maszynie kawałka decyzji klinicznej dotyczy systemów, które sugerują rozpoznanie albo leczenie. Takie narzędzia podlegają innym wymogom i innej ocenie ryzyka, i tak należy o nich rozmawiać.
Narzędzie do dokumentacji stoi po przeciwnej stronie tej granicy. Nie ocenia, nie proponuje, nie zatwierdza. Zapisuje to, co lekarz powiedział, żeby lekarz nie musiał tego wpisywać palcami. Kierunek zmiany jest więc odwrotny do obawy: mniej administrowania, więcej miejsca na medycynę.
Obawy lekarzy wobec AI a to, co widać w gabinecie
Uczciwy bilans wygląda tak: dwie z tych obaw są słuszne i lepiej trzymać się ich mocno, bo prowadzą do dobrych pytań i dobrych nawyków. Dwie kolejne rozbrajają się w pierwszym tygodniu praktyki. Ostatnia dotyczy innej kategorii narzędzi niż dyktowanie opisu.
Sceptycyzm nie jest tu przeszkodą, tylko narzędziem pracy. Wystarczy skierować go tam, gdzie ma sens: na sprawdzanie zapisu przed podpisem i na pytania zadane dostawcy. Reszta to zwykły rachunek dnia, w którym mniej się pisze, a więcej leczy.
