Dokumentacja po godzinach: dzień lekarza, który nie pisze

Lekarz zdejmuje fartuch i wychodzi z uporządkowanego gabinetu o zwykłej porze

Wyobraźmy sobie zwykły czwartek: pełen grafik, dwie wizyty dołożone na ostatnią chwilę, telefon z laboratorium w środku przyjęć. Nic w tym dniu nie jest lżejsze niż zwykle. Zmienia się tylko jedno: dokumentacja po godzinach nie czeka na wieczór, bo opisy powstają w trakcie. Prześledźmy taki dzień po kolei, bo różnica nie leży tam, gdzie zwykle jej szukamy.

Poranek bez rozbiegu

Pierwsza wizyta zaczyna się od pacjenta, nie od domykania wczorajszych spraw. To drobiazg, który ustawia cały dzień: nikt nie wchodzi w pierwszą godzinę z zaległością na plecach.

Opis pierwszej wizyty powstaje razem z nią. Wywiad, badanie, zalecenia wypowiedziane na głos przy pacjencie, potem rzut oka na tekst przed zatwierdzeniem. Wizyta kończy się wtedy, kiedy pacjent wychodzi, a nie chwilę po jego wyjściu.

Południe, w którym nic się nie odkłada

W środku dnia widać różnicę najmocniej. Klasyczny rytm wygląda tak, że opisy zostają w kolejce: trzy zdania w karcie, reszta „dopiszę potem”, bo w poczekalni czeka następna osoba. Ta kolejka rośnie do godziny szesnastej i wtedy wraca po wszystko naraz.

Kiedy opis powstaje przy wizycie, kolejka się nie tworzy. Zostaje sama praca kliniczna, która i tak wypełnia dzień po brzegi. Podobnie wyglądał dzień opisany w tekście o dokumentacji głosowej w POZ, gdzie liczyliśmy nie tempo pisania, tylko moment, w którym opis powstaje.

Przerwa na kawę przestaje być teoretyczna. To brzmi banalnie, dopóki nie policzy się, ile razy w miesiącu bywa poświęcana na nadrabianie kart.

Dokumentacja po godzinach znika z popołudnia

Ostatni pacjent wychodzi o siedemnastej. W wersji znanej z większości gabinetów to moment, w którym zaczyna się druga część pracy: kilkanaście kart do uzupełnienia, kilka opisów odtwarzanych z pamięci, coraz krótszych, bo zmęczenie wygrywa ze starannością.

W dniu, o którym mowa, po ostatnim pacjencie zostaje przejrzenie tego, co już jest, i wyłączenie komputera. Nie dlatego, że pracy ubyło. Dlatego, że ta praca została wykonana wcześniej, przy okazji czynności, które i tak trzeba było wykonać.

O tym, jak ten rachunek wygląda u specjalisty przyjmującego krótkie wizyty z długimi opisami, pisaliśmy osobno.

Co zmienia się po tygodniu takich dni

Najciekawsze w tej zmianie nie jest wcale samo domknięcie kart, tylko to, co wraca razem z wolnym wieczorem: poczucie, że wykonuje się swój zawód, a nie jego administracyjną wersję.

Kiedy opisy powstają w trakcie, dzień składa się z rozmów, badań i decyzji. Klawiatura schodzi do roli, którą powinna mieć: narzędzia do poprawek, nie głównego zajęcia. Sześć lat studiów, staż, specjalizacja i egzaminy nie były po to, żeby ćwiczyć szybkie pisanie.

Zmienia się też to, co zostaje w karcie. Opis powstający przy pacjencie ma szczegół, którego wieczorna rekonstrukcja nie odtworzy, bo szczegół gubi się pierwszy.

Wraca przy okazji rzecz, o której w rozmowach o dokumentacji mówi się najrzadziej: uwaga w trakcie wizyty. Lekarz, który nie planuje w głowie, jak to później zapisać, słucha inaczej. Pacjent zwykle to wyczuwa, choć nie umie nazwać, na czym polega różnica.

Czego taki dzień nie obiecuje

Uczciwie: biurokracja nie znika. Zostają skierowania, sprawozdawczość, druki, telefony i rzeczy, które trzeba dopilnować poza wizytą. Dyktowanie dotyczy jednej warstwy tej pracy, akurat tej, z której bierze się dokumentacja po godzinach.

Zostaje też sprawdzanie tekstu przed zatwierdzeniem, bo odpowiedzialność za opis pozostaje po stronie lekarza. To moment, którego nie należy pomijać i który przy dobrym nawyku trwa tyle, ile przeczytanie tego, co się przed chwilą powiedziało.

Wieczór, który należy do czegoś innego

Dzień lekarza, który nie pisze po godzinach, nie jest dniem lżejszym. Jest dniem, który kończy się wtedy, kiedy powinien, bo dokumentacja nie została przesunięta na czas prywatny.

To cała różnica, a jednocześnie różnica, którą widać w kalendarzu na koniec miesiąca. Mniej pisania, więcej leczenia, i wieczór, w którym nie trzeba wracać do kart.